Szukaj

Sylweriusz Królak

Jeremy King wiceprezes wykonawczy firmy Wal-Mart Stores Inc oświadczył niedawno, że roboty są o 50 procent bardziej efektywne niż ludzie wykonujący to samo zadanie (http://www.businessinsider.com/walmart-store-robot-program-expands-2017-10?IR=T). Wypowiedź przedstawiciela kierownictwa amerykańskiego giganta nie wynika bynajmniej z teoretycznych przesłanek, lecz jest wyrazem całkiem realnej, już dokonującej się na naszych oczach, zmiany modelu obsługi sklepów wielkopowierzchniowych na terenie USA.
Jest to zatem kolejne, poważne doniesienie medialne potwierdzające prognozy, że jeszcze za życia naszego pokolenia doświadczymy zasadniczych, wręcz rewolucyjnych zmian na rynku pracy. Eksperci oceniają, że w ciągu najbliższych dwudziestu pięciu lat,  nawet 50 procent miejsc pracy zostanie zlikwidowana, a działania wykonywane dotychczas przez ludzi będą realizowane przez  maszyny i urządzenia. Dotyczy to zwłaszcza pracy odtwórczej, o charakterze powtarzalnym. Oczywiście w miejsce tradycyjnych profesji tworzą się nowe, dotychczas nieznane, a w ślad za tym powstają nowe miejsca pracy i nowe możliwości zarobkowania, niemniej konstatacja taka nie podważa zasadniczej tezy o czekających nas wielkich zmianach ilościowych i jakościowych w dziedzinie zatrudnienia. Powstaje zatem pytanie o kapitalnym znaczeniu dla nas samych i dla przyszłych pokoleń, czy poprzez rozwój technologii można wyeliminować ludzką pracę? Eliminacja pracy ludzkiej wydaje się nieuchronna w obliczu postępu technologicznego oraz rosnącej konkurencyjności na rynkach globalnych. Wiele zatem wskazuje, iż w następnych dziesięcioleciach, to przede wszystkim praca twórcza będzie nadal wykonywana przez człowieka. Na rynku pracy pozostaną zatem osoby, których zdolności i kwalifikacji nie można ująć w ścisłych algorytmach, czy łatwo opisać programami komputerowymi, a w konsekwencji zastąpić używając np. robotów. Warto podkreślić, że nie chodzi wyłącznie o osoby z wyższym wykształceniem. Mam na myśli wszystkich, których praca polega na własnej inwencji i kreacji, począwszy od hydraulika, czy jubilera, a skończywszy na pisarzu lub kardiochirurgu. Pozostałe kategorie pracowników zostaną zapewne zastąpione przez pracę zautomatyzowaną.

Już dziś nie trzeba wielkiego wysiłku, aby wyobrazić sobie hipermarket, w którym towary na półkach, są wystawiane, metkowane i dozorowane przez roboty, po czym klienci, dokonawszy wyboru, udają się do kas automatycznie skanujących kupowane produkty i pobierających opłaty bez udziału pracowników. W tym kontekście już wkrótce nasza polska batalia o wolne niedziele w handlu może stać się parodią samej siebie. Chwalebna jest wszelka troska o poprawę warunków zatrudnienia, zwłaszcza jeśli jest szczera i prawdziwa, ale cnotą ustawodawcy są nie tylko jego dobre chęci, lecz przede wszystkim zdolność przewidywania skutków własnych działań.

Właściciele wielkopowierzchniowych sklepów, kalkulując koszty mogą w nieodległej perspektywie pokusić się o ograniczenie udziału czynnika ludzkiego nie tylko w dni świąteczne, ale również w dzień powszedni. Zakaz pracy w niedziele nie musi bowiem dla potężnych sieci oznaczać zakazu handlu, jeśli sprzedaż towarów na masową skalę byłaby dokonywana bez udziału człowieka. Można wręcz zaryzykować uogólnioną tezę, że wdrożenie nowych zasad i form funkcjonowania jest już możliwe nie tylko technologicznie, ale również ekonomicznie w wielu obszarach naszego życia gospodarczego i społecznego, nie wyłączając takich dziedzin jak administracja publiczna. Jest to zatem zła wiadomość nie tylko dla pracowników zatrudnionych w handlu, bankowości i przy taśmach produkcyjnych, ale również dla większości osób wykonujących pracę biurową w sektorze publicznym i prywatnym.

Czy zważywszy na wzrost populacji i jednoczesny rozwój technologii eliminującej potrzebę pracy ludzkiej w jej tradycyjnym znaczeniu, stoimy w obliczu wielkiego bezrobocia, czy „tylko” wielkiej zmiany na rynku pracy, w trakcie której wzrost bezrobocia będzie jedynie pewnym stanem przejściowym? Jak wobec tego radzić sobie z problem rosnącego bezrobocia w rozwiniętych technologicznie społeczeństwach, skoro nawet nie znamy jego skali? Wydaje się, że nie jesteśmy jeszcze gotowi, aby udzielić odpowiedzi na takie pytania, ani jako społeczeństwa, ani jako jednostki stojące w obliczu tak drastycznej zmiany. Doświadczenia XIX-wiecznej walki z Rewolucją Przemysłową wskazują iż metody wdrażane na wzór Luddystów, polegające na niszczeniu maszyn, nie okazały się skuteczne wówczas na lokalnym rynku angielskim, tym bardziej nie będą skuteczne obecnie na rynku globalnym.

W razie spełnienia się czarnego scenariusza związanego z narastającym bezrobociem technologicznym, co wcale nie jest na szczęście przesądzone, alternatywa może na przykład polegać, albo na utrzymywaniu „sztucznego” zatrudnienia, albo na wprowadzaniu powszechnej renty obywatelskiej, stanowiącej odmianę tak zwanego uniwersalnego dochodu podstawowego (ang. Universal Basic Income), a więc świadczeń pieniężnych otrzymywanych przez każdego z nas z tytułu bycia obywatelem, niezależnie od tego, czy spełniamy jakiekolwiek inne kryteria. Oba kierunki myślenia mają poważne implikacje. Pozorne zatrudnienie to przecież strukturalne bezrobocie. Wprawdzie afirmuje ono pracownika i daje mu poczucie godności oraz źródło utrzymania dla  niego i rodziny, choć społeczna wartość jego pracy nie jest ekwiwalentna, lecz z drugiej strony obciąża, albo budżet państwa, pozbawiając społeczeństwo środków na inne ważne cele, albo obciąża finanse sektora prywatnego pozbawiając firmy zdolności konkurowania z innymi „tańszymi” przedsiębiorstwami. Dobrych i złych stron strukturalnego bezrobocia doświadczyliśmy jako społeczeństwo w okresie realnego socjalizmu. Ówczesne konstytucyjne gwarancje powszechnego prawa do pracy sprawiały, iż z jednej strony równość społeczna była dla większości doświadczeniem w pełni rzeczywistym, z drugiej jednak strony jako państwo socjalistyczne przegraliśmy cywilizacyjny wyścig ze światem zachodnim.  Z kolei renta obywatelska, jako powszechny dochód gwarantowany, jest na razie instytucją teoretycznie dobrze znaną, lecz o nieustalonym do końca potencjale odziaływania na życie społeczne.  Tytułem eksperymentu wdraża się obecnie w Finlandii program pilotażowy mający na celu zbadanie zachowań bezrobotnych w wieku produkcyjnym, a w szczególności sprawdzenie, czy przyznanie przez państwo każdemu obywatelowi podstawowego dochodu może zmniejszyć bezrobocie, zastąpić obecne zasiłki dla bezrobotnych i uprościć system świadczeń. Być może nabyte przy tej okazji doświadczenia pozwolą na  dokładniejszą ocenę tego konceptu. W warunkach polskich podobną rolę, w dodatku na niespotykaną w Świecie skalę, spełnić może realizacja programu 500+. Generalnie nikt nie wie na pewno jakie mogą być praktyczne implikacje zastosowania powszechnej renty obywatelskiej.  Z perspektywy jednostki, można wskazać, że dla wszystkich powinna ona stanowić rodzaj gratyfikacji z tytułu członkostwa w społeczeństwie obywatelskim, stanowiąc jednocześnie minimum socjalne. Ponadto może służyć jako zadośćuczynienie za pogorszenie widoków na pracę, czy też w skrajnym przypadku stanowić rodzaj odstępnego, otrzymywanego jako rekompensata za trwałą utratę zatrudnienia w warunkach rewolucji technologicznej. Natomiast z perspektywy państwa lub innych wielkich graczy na rynkach globalnych, renta obywatelska, tak rozumiana, stanowić może rodzaj „udziału w zyskach” przedsiębiorstw korzystających z technologii ograniczających miejsca pracy, wypłacanego w zamian za pokój społeczny w okresie głębokich przemian dotykających szerokie rzesze obywateli. W ten sposób „udział w zyskach” staje się jednocześnie rentą obywatelską i rentą technologiczną. Można również rozważyć, czy tak rozumiana renta obywatelską nie powinna być elementem koniecznym, choć oczywiście nie wystarczającym, nowej, powszechnej umowy społecznej. Z jednej bowiem strony udział w zyskach musi być powiązany z efektami ekonomicznymi uzyskiwanymi przez przedsiębiorstwa ograniczające zatrudnienie, lecz co ważniejsze, z drugiej strony służyć jako jeden z wielu elementów, mających na celu wyrównywanie, dewastujących społeczeństwo, różnic w poziomie dochodów. Spłaszczanie tych różnic i sprawnie działająca redystrybucja dochodów zawsze będą bowiem dobrymi gwarantami pokoju społecznego.

Przy tym wszystkim, trzeba jednak pamiętać, iż nasza egzystencja, to nie tylko zaspakajanie elementarnych potrzeb. W tym kontekście wyrazić należy pogląd, że praca jest wartością, której nic nie zastąpi. Każdy z nas oczekuje, aby go docenić nie tylko materialnie, ale również moralnie. Immanentną cechą każdej istoty ludzkiej jest bowiem dążenie do zachowania godności. Wymuszony brak pracy, nawet przy zapewnieniu środków do życia, pochodzących z innych źródeł, stanowi dla każdego cios wymierzony w poczucie godności, pozbawia nas bowiem istotnego moralnego ekwiwalentu, który w większości wypadków otrzymujemy od naszego społecznego otoczenia. Uznanie ze strony innych ludzi, szacunek wyrażany przez zbiorowość z tytułu naszych dokonań, czy po prostu własna świadomość dobrze wykonanej pracy, są niezbędnymi czynnikami naszej afirmacji jako istot społecznych, stanowiąc „niematerialną formę wynagrodzenia”. Pozostając w procesie pracy nie tylko pozostajemy „użyteczni” ale przede wszystkim, jesteśmy w sieci  jakże potrzebnych społecznych więzi, bez których podlegalibyśmy stopniowej marginalizacji, a w ostateczności nawet wykluczeniu.

Ci którzy o tym zapominają, obiecując jedynie pieniądze (mniejsze raczej niż większe), a lekceważąc wszystko to, co składa się na nasze poczucie godności, popełniają tragiczny błąd. Stąd między innymi, co raz oczywistsze staje się fiasko tych spośród bez refleksyjnych czcicieli wolnego rynku, którzy snują mrzonki, aby społeczeństwo obywateli zastąpić (globalną) społecznością konsumentów. Tak, jak próba sprowadzenie obywatela, który jest podmiotem wszelkich praw i obowiązków publicznych, do roli konsumenta, a więc wyłącznie biernego uczestnika zdarzeń rynkowych, tak próba sprowadzenie człowieka jako kreatywnego podmiotu stosunków pracy (rozumianych szerzej niż w sensie prawnym) do jakiejkolwiek roli przedmiotowej, będzie wywoływać ogromny opór i słuszne obawy. Powszechny w społeczeństwie lęk i obawa, jeśli już nastąpią, są same w sobie silnym motorem ludzkiego działania, lecz wśród nich większe czyni spustoszenie utrata nadziei na przyszłość, aniżeli jakakolwiek materialna strata. O tym również należy pamiętać, pragnąc odnaleźć właściwe rozwiązania w czasach przełomowych. Wypada zatem powrócić do pytania postawionego na samym początku, czy poprzez rozwój technologii można wyeliminować ludzką pracę? W kontekście tego, co powyżej zostało powiedziane, odpowiedź musi być dwojaka; w sensie technicznym jest to możliwe, a sposobność ku temu będzie nieuchronna, lecz w sensie społecznym nie znamy dla pracy, rozumianej jako dobro powszechne, satysfakcjonującej alternatywy, która pozwoliłaby twierdzić że jej eliminacja jest dopuszczalna.

 

Podobne: