Szukaj

avatar

Prawa człowieka i członkostwo w UE

Sylweriusz M. Królak 2005-04-09

Prawa człowieka jako wybór polityczny

Sylweriusz Królak, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości RP

Polsko-Brytyjska Konferencja „Prawa człowieka i członkostwo w UE: wspólne doświadczenia”; Warszawa, 2003

Zadano mi pytanie, czy prawa człowieka są wyborem politycznym. Odpowiedź jest prosta: „Tak”. Problematyka praw człowieka, zwłaszcza w opozycji do władzy, była i jest obecna w myśli społecznej od czasów starożytnych. Już Kodeks Hammurabiego stanowił, że król jest po to, by chronić słabych przed uczynkami silnych. O wolności i równości ludzi wypowiadali się greccy stoicy i sofiści. Przypomnę, że za początek kodyfikacji praw człowiek uważa się Wielką Kartę Swobód, nadaną w roku 1215 przez króla Jana bez Ziemi.  Choć i nasz Paweł z Włodkowic, ze swoją doktryną tolerancji religijnej, przyczynił się do rozwoju ówczesnych standardów europejskich. Rozwój praw człowieka postępował w sposób nieciągły. Mówiąc o historii można przywołać wydarzenia w rodzaju The Bill of Rights (1689), Deklaracji Niepodległości (1776) i Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela (1789). Hugo Kołłątaj pisał w roku 17901: „Nigdy, niezależnie od epoki, niezależnie od warunków, nie jest dozwolone gwałcić prawa człowieka ani odmawiać mu przywrócenia jego praw. Żaden kraj nie jest godny nazywać się wolnym, jeśli choć jeden człowiek zmuszony jest do niewoli. Żadne ustawodawstwo nie może więc przemilczeć praw człowieka”.

Signum temporis świata nowożytnego jest jednak prawnomiędzynarodowa ochrona praw człowieka. Ojciec prawa narodów, Hugo Grocjusz, dopuszczał odstępstwo od zasady suwerenności tylko w jednej sytuacji – gdy władza publiczna dopuszcza się „rozległego i brutalnego” naruszania praw człowieka. Nie będę się spierał, jeżeli zostałoby to uznane za prapoczątek doktryny „interwencji humanitarnej”. Nie chcę jednak, by nasza debata koncentrowała się na dopuszczalności zbrojnej interwencji w przypadku uporczywych i rażących naruszeń praw człowieka w jakimś państwie. Mimo wszystko jest to temat, na który w zbyt dużym stopniu wpływa bieżąca polityka, gra interesów i pozycja zainteresowanych państw. Wydarzenia na Kaukazie, na Bliskim Wschodzie potwierdzają względność stosowania tej zasady w stosunkach międzynarodowych.

Dlatego chciałbym skoncentrować się na wyborach politycznych, które towarzyszą nam przy określaniu katalogu oraz stosowaniu praw człowieka. Kopenhaskie kryteria członkostwa w Unii Europejskiej wymagają m.in. przestrzegania praw człowieka. Sądzę, że bez trudu uzgodnilibyśmy w naszym gronie katalog praw podstawowych. Prof. Marek Nowicki nazywa je prawami pierwszej generacji – prawo do życia, wolności i własności. Niektórzy utożsamiają je z prawami natury, inni poszukują ich społecznego kontekstu. Bez względu na ich filozoficzne źródła wrosły one w europejski krajobraz. Nie jest przypadkiem, iż Polska i inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej tak szybko powróciły do katalogu praw Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Jej ratyfikowanie w 1992 roku nie było tylko zabiegiem formalnym. To był powrót do europejskiej rodziny. Najpierw na drodze polityki małych kroków, stopniowych ustępstw dokonywanych przez władze pod naciskiem społecznym i międzynarodowym, a widocznym chociażby w procesie KBWE. Procesie, który był możliwy między innymi dzięki temu, że katalog podstawowych praw był głęboko zakorzeniony w społecznej świadomości. Nie można było wprost odrzucać prawa do swobody wyrażania poglądów, do sądu, do rządów prawa. Można było pozbawić te prawa ich rzeczywistej treści, a korzystanie z nich prawdziwych gwarancji. Tyle, że w końcowym rozrachunku prowadziło to do utraty przez władzę publiczną legitymacji do jej sprawowania. Prawa człowieka były katalizatorem przemian, których kulminacją było powstanie „Solidarności”, obrady „Okrągłego Stołu” w Polsce oraz upadek muru berlińskiego. Ten par excellence wybór polityczny był najlepszym potwierdzeniem nie tylko znaczenia praw człowieka, ale także potencjału społecznej aktywności, którą mogą wyzwalać.

Hasło, czy też termin „prawa człowieka” zaczęły robić karierę. Z pewną wstrzemięźliwością obserwuję dynamiczny rozwój tego obszaru wiedzy, lub jak niektórzy wolą, aktywności politycznej. Różne grupy społeczne, organizacje zgłaszają ciągle nowe propozycje praw człowieka. Zastanawiam się, czy poszerza to zakres wolności jednostki.

W niedawnej, jakże tragicznej historii Europy, mieliśmy do czynienia z ograniczeniem wolności jednostki w imię wyższych celów. Oświęcim i Archipelag Gułag są częścią naszego zbiorowego doświadczenia, ubezwłasnowolnienia jednostki. Nie powinniśmy zapominać, że dotknięte tym nieszczęściem społeczeństwa, początkowo z entuzjazmem witały nową władzę. Również dzisiaj, w imię iluzorycznej ochrony partykularnych i krótkowzrocznych interesów, pojawiają się grupy społeczne gotowe poprzeć głoszony przez demagogów i populistów program wolności tylko dla swoich – ze swojej partii, swojego regionu, swojego kraju, tego samego koloru skóry. To jest wybór polityczny. Musimy przypominać wielkie ideały Jeffersona i Kołłątaja. Musimy ciągle mówić, że wolność i równość są niezbędnymi przesłankami ludzkiej godności, stwarzają pole do aktywności, która buduje wspólny dobrobyt. Powodzenia narodu nie można budować na ucisku innych. I nie chodzi tu o zbrojną okupację, ale o ucisk polegający na odmawianiu innym praw, z których sami chcielibyśmy korzystać.

Zarazem trudno mi oprzeć się, by nie przywołać refleksji Ralfa Dahrendorfa. Największym współczesnym wyzwaniem jest problem prawa i porządku, czyli utrzymywania granic wolności. Nie jest to popularna teza. Ale jeżeli narasta społeczny protest przeciwko tolerancji rozumianej jako lekceważenie dla powszechnie przyjętych w danym społeczeństwie norm powinniśmy sobie zadać pytanie o jego źródła. Jednostka nabywa ciągle nowe prawa. Obowiązek naprawy szkód spowodowanych sposobem w jaki z nich korzystała spada na społeczeństwo jako zbiorowość. Czasem chyba zapominamy, że wolność oznacza także odpowiedzialność. Emmanuel Levinas pisał, że wolność bez ograniczeń podlega degeneracji. Odpowiedzialność jednostki jest miarą i porządkiem wolności. Wydaje się, iż w Unii Europejskiej i poza nią obserwujemy ciekawą reakcję na to zjawisko. W warstwie deklaratywnej trwa niepowstrzymywany niczym wyścig ku poszerzaniu „wolności negatywnej”, co jednostka może czynić, bez prawa ingerencji w jej działanie ze strony innych osób czy władz. Z drugiej strony, reagując na społeczne zapotrzebowanie i na wyniki sondaży oraz werdykt urn wyborczych, politycy zaczynają prezentować programy odwołujące się do takiego czy innego katalogu wartości, które dla wspólnego dobra powinny być zachowane. Nie jest chyba przypadkiem, że obecne rządy Danii, czy Francji na pierwsze miejsce w polityce imigracyjnej wysuwają kwestie integracji. Próbują więc zachęcić imigrantów, by przejmowali katalog wartości i zespół zachowań, które stanowią o spójności społeczeństwa. Nie są to normy prawne, choć program niektórych rządów zmierza w tym kierunku. Jest to raczej próba stworzenia warunków dla ograniczenia kulturowych egoizmów, dla narzucenia reguł współpracy. Sądzę, że bez znalezienia odpowiedzi na poczucie społecznego zagrożenia spowodowane relatywizmem wartości nie uda się przeciwstawić skrajnie nacjonalistycznym ruchom, które mogą podważyć fundamenty demokratycznego ustroju.

Możemy uznać EKPCz za wspólny dorobek Europy. Jeżeli system ochrony praw człowieka w ramach Rady Europy funkcjonuje z powodzeniem, to dzieje się tak za sprawą historycznej wspólnoty doświadczeń i prawno-konstytucyjnych tradycji naszych państw i społeczeństw. Tego rodzaju system zakładający daleko idącą ingerencję w uprawnienia państwa w imię ochrony praw jednostki nie mógłby bowiem powstać i funkcjonować w próżni. Tym bardziej, że Komisja Praw Człowieka, a następnie Trybunał Praw Człowieka nie dysponują środkami przymusu. Skuteczność działania europejskiego systemu praw człowieka zapewnia więc obok norm prawnych EKPCz ugruntowane przekonanie obywateli, a co za tym idzie pochodzącej z ich wyboru władzy, że nie ma innej drogi, jak przestrzeganie praw człowieka.

Dlatego są one jedynym rozsądnym wyborem politycznym. Ale ich zachowanie oznacza także wstrzemięźliwość w eksperymentowaniu z nimi. Nie lekceważmy przestróg Ralfa Dahrendorfa. Wsłuchajmy się w głos lokalnych społeczności, domagających się poszanowania ich katalogu wartości, ich poczucia bezpieczeństwa. Debatować będziemy nad ochroną praw człowieka w Unii Europejskiej, w systemie prawa Wspólnot Europejskich. Można podejść do problemu technicznie. Rozważać zakres ochrony obywateli przed pozaprawnymi decyzjami organów Wspólnot Europejskich, przywoływać mechanizmy ochrony obywateli przed naruszeniem przez państwa ich praw zagwarantowanych w prawie Wspólnot, odwoływać się do wspólnych tradycji konstytucyjnych państw europejskich lub wartości wywodzonych, jak mówi polska Konstytucja, zarówno od Boga (z praw natury), jak i z innych źródeł. Nie zapominajmy jednak, ze prawa człowieka będą pozostawać wyborem politycznym. Nie jest to tylko prosty wybór między demokracją a totalitaryzmem. Demokracja to proces uczenia się, wsłuchiwania w głos obywateli, dialogu społecznego. Dlatego należy chronić podstawowe prawa człowieka, a jednocześnie nie trzeba zbytnio z nimi eksperymentować, by nie stały się własnym zaprzeczeniem, by wolność jednych nie oznaczała zniewolenia innych.


1 „Prawo polityczne narodu polskiego”